Wykorzystane utwory
ZBIGNIEW HERBERT - PRÓBA PORTRETU
Znajdują się tutaj podzielone według tomików teksty wierszy oraz fragmenty prozy poetyckiej i dramatów
wykorzystane w opracowaniu - zarówno zamieszczone już w innym dziale, jak i jedynie wspomniane, a istotne dla pełniejszego
zrozumienia twórczości Herberta. Jedynym zaprezentowanym tu utworem Herberta, który nie pojawia się w innych działach
niniejszego opracowania, jest Muszla - przykład jednego z wielu krótkich pisanych prozą utworów zamieszczonych
w tomiku Hermes, pies i gwiazda.
Wybór ograniczyłem do utworów, do których odwołuję się na tych stronach. Namawiam jednak do lektury również
innych wierszy Herberta - w tym często zapomnianych wczesnych utworów poety. Dobrym przewodnikiem po jego twórczości mogą
być na przykład książki Barańczaka - patrz bibliografia.
Struna światła:   Pożegnanie września, Napis
Hermes, pies i gwiazda:   Węgrom,
Muszla
Studium przedmiotu:   Tren Fortynbrasa
Barbarzyńca w ogrodzie:   fragment eseju Lascaux
Napis:   Prolog,
Dlaczego klasycy
Pan Cogito:   Gra Pana Cogito,
Pan Cogito o postawie wyprostowanej,
Przesłanie Pana Cogito
Raport z oblężonego miasta:   Modlitwa Pana Cogito -
podróżnika, Potwór Pana Cogito,
Potęga smaku
Elegia na odejście:   Wit Stwosz: Uśnięcie NMP
,
Domysły na temat Barabasza
Rovigo:   Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin
Epilog burzy:   Brewiarz (Panie wiem że dni moje są policzone)
Dramaty:   fragment Jaskini filozofów
Labirynt nad morzem:   fragment tytułowego eseju,
fragment szkicu Akropol
|

Pożegnanie września
Dnie były amarantowe
błyszczące jak lanca ułańska
śpiewano w megafonach
anachroniczną piosenkę
o Polakach i bagnetach
tenor ciął jak szpicrutą
i pokażdej zwrotce
ogłaszano listę żywych torped
które notabene
przez sześć lat wojny
szmuglowały słoninę
żałosne niewypały
wódz podnosił brwi
jak buławę
skandował: ani guzika
śmiały się guziki:
nie damy nie damy chłopców
płasko przyszytych do wrzosowisk
|

Napis
Patrzysz na moje ręce są słabe - mówisz - jak kwiaty
patrzysz na moje usta za małe by wyrzec: świat
- kołyszmy się lepiej na łodydze chwil
pijmy wiatr
i patrzmy jak zachodzą nam oczy
woń więdnienia jest najpiękniejsza
a kształt ruin znieczula
we mnie jest płomień który myśli i wiatr na pożar i na żagle
ręce mam niecierpliwe mogę głowę przyjaciela ulepić z powietrza
powtarzam wiersz który chciałbym przetłumaczyć na sanskryt lub piramidę:
gdy wyschnie źródło gwiazd będziemy świecić nocom
gdy skamienieje wiatr będziemy wzruszać powietrze |

Węgrom
Stoimy na granicy
wyciągamy ręce
i wielki sznur z powietrza
wiążemy bracia dla was
z krzyku załamanego
z zaciśniętych pięści
odlewa się dzwon i serce
milczące na trwogę
proszą ranne kamienie
prosi woda zabita
stoimy na granicy
stoimy na granicy
stoimy na granicy
nazywanej rozsądkiem
i w pożar się patrzymy
i śmierć podziwiamy
1956
|

Muszla
Przed lustrem w sypialni rodziców leżała różowa muszla. Zbliżałem się do niej na palcach
i nagłym ruchem przytykałem do ucha. Chciałem złapać ją kiedyś na tym, że nie tęskni
jednostajnym szumem. Chociaż byłem mały, wiedziałem, że nawet jeśli kogoś bardzo się kocha,
czasem zdarza nam się o tym zapomnieć.
|

dla M. C.
Tren Fortynbrasa
Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak
mężczyzna z mężczyzną
chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka
to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach
Nigdy nie mogłem myśleć o twoich dłoniach bez uśmiechu
i teraz kiedy leżą na kamieniu jak strącone gniazda
są tak samo bezbronne jak przedtem To jest właśnie koniec
Ręce leżą osobno Szpada leży osobno Osobno głowa
i nogi rycerza w miękkich pantoflach
Pogrzeb mieć będziesz żołnierski chociaż nie byłeś żołnierzem
jest to jedyny rytuał na jakim trochę się znam
Nie będzie gromnic i śpiewu będą lonty i huk
kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie
werbel werbel wiem nic pięknego
to będą moje manewry przed objęciem władzy
trzeba wziąć miasto za gardło i wstrząsnąć nim trochę
Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia
wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie w glinę ludzką
żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery
łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś
nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie
umiałeś
Teraz masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało
i masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie
wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych
lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania
z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle
z widokiem na mrowisko i tarczę zegara
Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji
i dekret w sprawie prostytutek i żebraków
muszę także obmyślić lepszy system więzień
gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem
Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii
Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę
|

Lascaux
(...)
Wracałem z Lascaux tą samą drogą, jaką przybyłem. Mimo że spojrzałem, jak to się mówi, w przepaść
historii, nie miałem wcale uczucia, że wracam z innego świata. Nigdy jeszcze nie utwierdziłem się mocniej w kojącej
pewności: jestem obywatelem Ziemi, dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian, ale prawie nieskończoności.
To jest właśnie ludzka duma i wyzwanie rzucone obszarom nieba, przestrzeni i czasu. "Biedne ciała,
które mijacie bez śladu, niech ludzkość będzie dla was nicością; słabe ręce wydobywają z ziemi noszącej ślady
oriniackiej półbestii i ślady zagłady królestw - obrazy, które budząc obojętność czy zrozumienie, jednako świadczą
o waszej godności. Żadna wielkość nie da się oddzielić od tego, co ją podtrzymuje. Reszta to uległe stwory
i bezrozumne owady".
Droga była otwarta ku świątyniom greckim i gotyckim witrażom. Szedłem ku nim czując w dłoni ciepły
dotyk malarza z Lascaux.
|

Prolog
On
Komu ja gram? Zamkniętym oknom
klamkom błyszczącym arogancko
fagotom deszczu - smutnym rynnom
szczurom co pośród śmieci tańczą
Ostatni werbel biły bomby
był prosty pogrzeb na podwórzu
dwie deski w krzyż i hełm dziurawy
v niebie pożarów wielka róża
Chór
Na rożnie się obraca cielę.
W piecu dojrzewa chleb brunatny.
Pożary gasną. Tylko ogień ułaskawiony wiecznie trwa.
On
I zgrzebny napis na tych deskach
imiona krótkie niby salwa
"Gryf" "Wilk" i "Pocisk" kto pamięta
spłowiała w deszczu ruda barwa
Praliśmy potem długie lata
bandaże. Teraz nikt nie płacze
chrzęszczą w pudełku po zapałkach
guziki z żołnierskiego płaszcza
Chór
Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia
strumień wstąp.
Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są.
Wojny owadów - wojny ludzi i krótka śmierć nad miodu
kwiatem.
Dojrzewa zboże. Kwitną dęby. W ocean schodzą rzeki z gór.
On
Płynę pod prąd a oni ze mną
nieubłaganie patrzą w oczy
uparcie szepczą słowa stare
jemy nasz gorzki chleb rozpaczy
Muszę ich zawieźć w suche miejsce
i kopczyk z piasku zrobić duży
zanim im wiosna sypnie kwiaty
i mocny zielny sen odurzy
To miasto -
Chór
Nie ma tego miasta
Zaszło pod ziemię
On
świeci jeszcze
Chór
Jak próchno w lesie
On
Puste miejsce
lecz wciąż ponad nim drży powietrze
po tamtych głosach
*
Rów w którym płynie mętna rzeka
nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:
na taką miłość nas skazali
taką przebodli nas ojczyzną
|

dla A. H.
Dlaczego klasycy
I
w księdze czwartej Wojny Peloponeskiej
Tukidydes opowiada dzieje swej nieudanej wyprawy
pośród długich mów wodzów
bitew oblężeń zarazy
gęstej sieci intryg
dyplomatycznych zabiegów
epizod ten jest jak szpilka
w lesie
kolonia ateńska Amfipolis
wpadła w ręce Brazydasa
ponieważ Tukidydes spóźnił się z odsieczą
zapłacił za to rodzinnemu miastu
dozgonnym wygnaniem
exulowie wszystkich czasów
wiedzą jaka to cena
2
generałowie ostatnich wojen
jeśli zdarzy się podobna afera
skomlą na kolanach przed potomnością
zachwalają swoje bohaterstwo
i niewinność
oskarżają podwładnych
zawistnych kolegów
nieprzyjazne wiatry
Tucydydes mówi tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko
3
jeśli tematem sztuki
będzie dzbanek rozbity
mała rozbita dusza
z wielkim żalem nad sobą
to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety
|

Gra Pana Cogito
1
Ulubioną zabawą Pana Cogito jest gra Kropotkin
ma wiele zalet gra Kropotkin
wyzwala wyobraźnię historyczną poczucie solidarności odbywa się na wolnym powietrzu obfituje w dramatyczne epizody jej reguły są szlachetne despotyzm zawsze przegrywa
na wielkiej tablicy imaginacji Pan Cogito ustawia figury
król oznacza Piotra Kropotkina w twierdzy pietropawłowskiej laufry trzech żołnierzy, szyldwacha wieża zbawczą karetę
Pan Cogito ma do wyboru wiele ról
może grać śliczną Zofię Nikołajewnę ona w kopercie zegarka przemyca plan ucieczki
może być także skrzypkiem który w szarym domku umyślnie wynajętym naprzeciw więzienia gra Uprowadzenie z Seraju co oznacza ulica wolna
najbardziej jednak lubi Pan Cogito rolę doktora Orestesa Weimara
on w dramatycznym momencie zagaduje żołnierza przy bramie
- widział ty Wania mikroba - nie widział - a on bestia po twoje skórze łazi - nie mówcie jaśnie panie - a łazi i ogon ma - duży? - na dwie albo trzy wiorsty
wtedy futrzana czapka spada na baranie oczy
i już toczy się wartko gra Kropotkin
król-więzień sadzi wielkimi susami szamocze się chwilę z flanelowym szlafrokiem skrzypek w szarym domku gra Uprowadzenie z Seraju słychać głosy łapaj doktor Orestes snuje o mikrobach bicie serca podkute buty na bruku wreszcie zbawcza kareta laufry nie mają ruchu
Pan Cogito cieszy się jak dziecko znów wygrał grę Kropotkin
2
tyle lat tyle już lat gra Pan Cogito
ale nigdy nie pociągała go rola bohatera ucieczki
nie przez niechęć do błękitnej krwi księcia anarchistów ani wstręt do teorii o wzajemnej pomocy
nie wynika to także z tchórzostwa Zofia Nikołajewna skrzypek z szarego domku doktor Orestes też nastawiali głowy
z nimi jednak Pan Cogito utożsamia się niemal zupełnie
jeśliby zaszła potrzeba mógłby być nawet koniem karety uciekiniera
Pan Cogito chciałby być pośrednikiem wolności
trzymać sznur ucieczki przemycać gryps dawać znak
zaufać sercu czystemu odruchowi sympatii
nie chce jednak odpowiadać za to co w miesięczniku "Freedom" napiszą brodacze o nikłej wyobraźni
przyjmuje rolę poślednią nie będzie mieszkał w historii |

Pan Cogito o postawie wyprostowanej
1
W Utyce
obywatele
nie chcą się bronić
w mieście wybuchła epidemia
instynktu samozachowawczego
świątynię wolności
zamieniono na pchli targ
senat obraduje nad tym
jak nie być senatem
obywatele
nie chcą się broniś
uczęszczają na przyspieszone kursy
padania na kolana
biernie czekają na wroga
piszą wiernopoddańcze mowy
zakopują złoto
szyją nowe sztandary
niewinnie białe
uczą dzieci kłamać
otworzyli bramy
przez które wchodzi teraz
kolumna piasku
poza tym jak zwykle
handel i kopulacja
2
Pan Cogito
chciałby stanąć
na wysokości sytuacji
to znaczy
spojrzeć losowi
prosto w oczy
jak Katon Młodszy
patrz Żywoty
nie ma jednak
miecza
ani okazji
żeby wysłać rodzinę za morze
czeka zatem jak inni
chodzi po bezsennym pokoju
wbrew radom stoików
chciałby mieć ciało z diamentu
i skrzydła
patrzy przez okno
jak słońce Republiki
ma się ku zachodowi
pozostało mu niewiele
właściwie tylko
wybór pozycji
w której chce umrzeć
wybór gestu
wybór ostatniego słowa
dlatego nie kładzie się
do łóżka
aby uniknąć
uduszenia we śnie
chciałby do końca
stać na wysokości sytuacji
los patrzy mu w oczy
w miejsce gdzie była
jego głowa
|

Przesłanie Pana Cogito
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy
a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys
i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie
strzeź się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych
strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę
powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku
a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny Idź
|

Modlitwa Pana Cogito - podróżnika
Panie
dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
a także za to że pozwoliłeś mi w niewysłowionej dobroci
Twojej być w miejscach które nie były miejscami mojej
codziennej udręki
- że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż
rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybacze-
nie
a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich
niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu
i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych
i rozumnych
natura powtarzała swoje mądre tautologie: las był lasem
morze morzem skała skałą
gwiazdy krążyły i było jak być powinno
- Iovis omnia plena
- wybacz - że myślałem tylko o sobie gdy życie innych
okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie jak wielki
astrologiczny zegar u świętego Piotra w Beauvais
że byłem leniwy roztargniony zbyt ostrożny w labiryntach
i grotach
a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron o szczęście
ludów podbitych i oglądałem tylko wschody księżyca
i muzea
- dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły
mi cząstki swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości
pomyślałem że Ducio van Eyck Bellini malowali także dla
mnie
a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
cierpliwie odrywał przede mną okaleczone ciało
- proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie
proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu na spalonej
słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa
a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach
za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy
zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona
zapaloną lampę aby światła ziemi pozdrawiały się
a także tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę
i mówili kato kyrie kato
i żebyś miał w swej opiece Mamę ze Spoleto Spi-
ridiona z Paxos dobrego studenta z Berlina który wybawił
mnie z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie
wiózł mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy
katedr zwróconych glową w dół
- pozwól o Panie abym nie myślał o moich wodnistookich
szarych niemądrych prześladowcach kiedy słońce schodzi
w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane
żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia
a nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który
pragnie źródła
dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny
a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze
i bez wybaczenia
|

Potwór Pana Cogito
1
Szczęśliwy święty Jerzy
z rycerskiego siodła
mógł dokładnie ocenić
siłę i ruchy smoka
pierwsza zasada strategii
trafna ocena wroga
Pan Cogito
jest w gorszym położeniu
siedzi w niskim
siodle doliny
zasnutej gęstą mgłą
przez mgłę nie sposób dostrzec
oczu pałających
łakomych pazurów
paszczy
przez mgłę
widać tylko
migotanie nicości
potwór Pana Cogito
pozbawiony jest wymiarów
trudno go opisać
wymyka się definicjom
jest jak ogromna depresja
rozciągnięta nad krajem
nie da się przebić
piórem
argumentem
włócznią
gdyby nie duszny ciężar
i śmierć którą zsyła
można by sądzić
że jest majakiem
chorobą wyobraźni
ale on jest
jest na pewno
jak czad wypełnia szczelnie
domy świątynie bazary
zatruwa studnie
niszczy budowle umysłu
pokrywa pleśnią chleb
dowodem istnienia potwora
są jego ofiary
jest dowód nie wprost
ale wystarczający
2
rozsądni mówią
że można współżyć
z potworem
należy tylko unikać
gwałtownych ruchów
gwałtownej mowy
w przypadku zagrożenia
przyjąć formę
kamienia albo liścia
słuchać mądrej Natury
która zaleca mimetyzm
oddychać płytko
udawać że nas nie ma
Pan Cogito jednak
nie lubi życia na niby
chciałby walczyć
z potworem
na ubitej ziemi
wychodzi tedy o świcie
na senne przedmieście
przezornie zaopatrzony
w długi ostry przedmiot
nawołuje potwora
po pustych ulicach
obraża potwora
prowokuje potwora
jak zuchwały harcownik
armii której nie ma
woła -
wyjdź podły tchórzu
przez mgłę
widać tylko
ogromny pysk nicości
Pan Cogito chce stanąć
do nierównej walki
powinno to nastąpić
możliwie szybko
zanim nadejdzie
powalenie bezwładem
zwyczajna śmierć bez glorii
uduszenie bezkształtem
|

Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej
Potęga smaku
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
w którym są włókna duszy i cząstki sumienia
Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach
Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu
Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów
Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa
|

Wit Stwosz: Uśnięcie NMP
Jak namioty przed burzą marszczą się złote opończe
przybór gorącej purpury odsłania piersi i stopy cedrowi apostołowie unoszą ogromne głowy
nad wysokoscią zawisa broda ciemna jak topór
Kwitną snycerskie palce. Cud się dłoniom wymyka
więc kładą je na powietrzu - powietrze się burzy jak struny
Gwiazdy się mącą na niebie z gwiazd jest także muzyka
lecz nie dosięga ziemi i trwa wysoko jak luna.
A Panna Maria usypia. Idzie na dno zdziwienia trzymają ją w wątłej siatce umiłowane oczy
upada coraz wyżej jak strumień przez palce przenika
a oni schylają się z trudem nad wstępującym obłokiem
|

Domysły na temat Barabasza
Co stało się z Barabaszem? Pytałem nikt nie wie
Spuszczony z łańcucha wyszedł na białą ulicę
mógł skręcić w prawo iść naprzód skręcić w lewo
zakręcić się w kółko zapiać radośnie jak kogut
On Imperator własnych rąk i głowy
On Wielkorządca własnego oddechu
Pytam bo w pewien sposób brałem udział w sprawie
Zwabiony tłumem przed pałacem Piłata krzyczałem
tak jak inni uwolnij Barabasza Barabasza
Wołali wszyscy gdybym ja jeden milczał
stałoby się dokładnie tak jak się stać miało
A Barabasz być może wrócił do swej bandy
W górach zabija szybko rabuje rzetelnie
Albo założył warsztat garncarski
I ręce skalane zbrodnią
czyści w glinie stworzenia
Jest nosiwodą poganiaczem mułów lichwiarzem
właścicielem statków - na jednym z nich żeglował Paweł do Koryntian
lub - czego nie można wykluczyć -
stał się cenionym szpiclem na żołdzie Rzymian
Patrzcie i podziwiajcie zawrotną grę losu
o możliwości potencje o uśmiechy fortuny
A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi
|

Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin
Kim stałbym się gdybym Cię nie spotkał - mój Mistrzu Henryku
Do którego po raz pierwszy zwracam się po imieniu
Z pietyzmem czcią jaka należy się - Wysokim Cieniom
Byłbym do końca życia śmiesznym chłopcem
Który szuka
Zdyszanym małomównym zawstydzonym własnym istnieniem
Chłopcem który nie wie
Żyliśmy w czasach które zaiste były opowieścią idioty
Pełną hałasu i zbrodni
Twoja surowa łagodność delikatna siła
Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień
Cierpliwy obojętny i czuły zarazem
Krążyli wokół Ciebie sofiści i ci którzy myślą młotem
Dialektyczni szalbierze wynawcy nicości - patrzyłeś na nich
Przez lekko załzawione okulary
Wzrokiem który wybacza i nie powinien wybaczyć
Przez całe życie nie mogłem wydobyć z siebie słowa dziękczynienia
Jeszcze na łożu śmierci - tak mi mówiono - czekałeś na głos ucznia
Którego w mieście sztucznych świateł nad Sekwaną
Dobijały okrutne niańki
Ale Prawo Tablice Zakon - trwa
Niech pochwaleni będą Twoi przodkowie
I ci nieliczni którzy Ciebie kochali
Niech pochwalone będą Twoje księgi
Szczupłe
Promieniste
Trwalsze od spiżu
Niech pochwalona będzie Twoja kołyska
|

Brewiarz (Panie wiem że dni moje są policzone)
Panie
wiem ze dni moje są policzone
zostało ich niewiele
Tyle żebym jeszcze zdążył zebrać piasek
którym przykryją mi twarz
nie zdążę już
zadośćuczynić skrzywdzonym
ani przeprosić tych wszystkich
którym wyrządziłem zło
dlatego smutna jest moja dusza
życie moje
powinno zatoczyć koło
zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata
a teraz widzę dokładnie
na moment przed codą
porwane akordy
źle zestawione kolory i słowa
jazgot dysonans
języki chaosu
dlaczego
życie moje
nie było jak kręgi na wodzie
obudzonym w nieskończonych głębiach
początkiem który rośnie
układa się w słoje stopnie fałdy
by skonać spokojnie
u twoich nieodgadnionych kolan
|

Jaskinia filozofów
(...)
IV. Dziękuję Ci za życie, które upłynęło tak, że nigdy nie zaparłem się trzeźwości.
Nie wstydziłem się także zawrotów głowy, jakie zsyła pełna świadomość.
V. Nie głosiłem Twego imienia. Nie składałem Tobie ofiar. Nie zachęcałem uczniów do kultu,
wiedząc, że jest Ci to doskonale obojętne. Chwaliłem Cię w koniunkcji i dysjunkcji, a także
w małej świątyni zbudowanej z sylogizmów.
VI. Więc na koniec zwracam się do Ciebie, abyś mnie nie opuścił. Abym do końca czuł Twoją
chłodną rękę na czole. I nieruchome oczy w moich oczach. I światłość.
|

Labirynt nad morzem
|
Do Grecji jechałem na spotkanie z krajobrazem. Sztukę grecką można poznać nieźle w
muzeach europejskich. Duszna noc na pokładzie statku płynącego klasycznym szlakiem z Brundisium do Pireusu pełna była pytań o kolor nieba, morza i gór.
Sądziłem, że będzie to przedłużenie krajobrazu włoskiego. Ale już rankiem, kiedy na
horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze wyspy, urwisty brzeg Peloponezu i wreszcie Zatoka
Koryncka, zrozumiałem, że dane mi będzie poznać coś, czego nie zdołam porównać
z niczym.
Jest to krajobraz wymykający się opisowi przez samą swoją naturę. Niepodobna znaleźć
miejsca, które byłoby choćby w przybliżeniu sumą, syntezą doznań wzrokowych podróżnika,
niepodobna wykroić z tego splątania błękitu, gór, wody, powietrza i światła żadne
go widoku
i powiedzieć - to jest Grecja. Można rzec naturalnie, że tak jest zawsze z krajobrazem
różnorodnym, ale tu mamy do czynienia nie tylko z bogactwem. Jednym z najmocniejszych
doznań, jakie nie opuszczało mnie w Grecji, było doznanie ruchu, jakby
oczy otwierały się wciąż na bolesny dramat narodzin ziemi.
Góry powinny nasycić krajobraz majestatyczną ciszą. Ale, inaczej niż w Alpach, mamy tutaj
niespokojne spiętrzenie, gwałtowne starcia mas ziemi, ostre przepaście, nagłe przełęcze, a
między tym doliny, rzadko rozległe, najczęściej wąskie, wężowe. Na urwist
ych stokach
wypisały swe imiona przemoc i gwałt (...). Z każdego niemal wzniesienia widać morze. Zamyka
horyzont płaską linią, która powinna dawać uciszenie. Ale nawet gdy jest ono spokojne, gdy
nie szturmuje ziemi, jego głęboki kolor przypomina, że jest
przepaścią przykrytą lustrem.
Ten, który by przyjechał tutaj z paletą włoskiego pejzażysty, porzucić będzie musiał
wszystkie słodkie kolory. Ziemia jest spalona słońcem, ochrypła od posuchy, ma kolor
jasnego popiołu, niekiedy szarego fioletu lub gwałtownej czerwieni. Krajobraz znajdu
je się
nie tylko przed oczami, ale także z boku, za plecami, czuje się jego natarcie, oblężenie,
jego intensywną obecność. Wysokie drzewa są rzadkie; czasem tylko wyniosły dąb - Zeus
drzew. Do stoków przyczepione są grudki zieleni, małe, zajadle walczące
o życie krzewy.
Przy drogach, na łagodniejszych wzniesieniach - dzika oliwka o wąskich, palczastych,
ruchliwych liściach, zielonosrebrnych od spodu. Przy samej ziemi macierzanka, tymianek,
mięta - aromaty upału.
Między światłem i cieniem ostra, diamentem wyrysowana linia, bez całej gamy szarości i
półcieni, znanych z krajów Północy. Grecy pokrywali kamienie swoich świątyń malowidłami,
aby nie oślepnąć. Ale zanim ich sanktuaria podniosły się w słońcu, serce Grecj
i biło pod
ziemią. Od grot, labiryntów, rozpadlin trzeba rozpocząć wędrówkę.
Będzie to próba opisania krajobrazu i tego, co zeń wydaje się bezpośrednio wynikać (...).
Krajobraz grecki przemówił do mnie patetycznym głosem mitu i tragedii. Było to wrażenie
dominujące. Natarczywa obecność nagiej ziemi, mocno rzeźbionych mas skalnych spotęgowana
jest nikłością szaty roślinnej. Wielkie drzewa - topola, cis, dąb rosną w dol
inach, ale
las cofa się wszędzie przed natarciem małych kolczastych krzewów, które przetrwają
wszystko. (...)
Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem, nie odpowiada tytułowi. Z tematu pejzażu pióro
zbyt często ześlizgiwało się w sferę legendy i historii. Nie potrafię nawet dla siebie
wytłumaczyć tego związku, jaki istnieje między krajobrazem Grecji a jej sztuką
i wierzeniami. Tylko mocna intuicja mówi, że grecka świątynia, rzeźba i mit wyrastają
organicznie z ziemi, morza i gór. (...)
Opisać jeden stok góry: u spodu srebrna poszarpana zieleń krzewów. Trzy białe domy.
Winnica przypominająca wydłużone, niskie altany. Z wierzchu zieleń przyprószona z dodatkiem
błękitu, ale między szpalerami winorośli jest zimny, szafirowy chłód. Mały pro
stokąt
bardzo dźwięcznego brązu, jaki mają jesienią liście grabu. Wreszcie wyżej łuszczący się
kamień i rzadkie trawy.
Chciałem opisać.
|

Akropol
|
Wysoko w górze - on! Wewnętrzny okrzyk w tonacji jasnej i prawie tryumfalnej.
Droga była długa i zawiła, a szansa znikoma, że dotrę do celu. Trzeba było pokonać
przeszkody, mury urzędów, zamknięte drzwi, korytarze i całą masę rozmienionych na drobne
cerberów za biurkami, wahających się, czy przybić magiczną pieczęć, trzymających,
plątających w palcach nitkę mojej przygody.
A przecież można poprzestać na relacji innych, na świadectwach rzeczoznawców, można
ostatecznie zgodzić się, że przedmiot naszych marzeń będzie zawsze poza zasięgiem wzroku i
dotyku. Skąd więc ta przemożna wola konfrontacji, ta pasja pchająca do zbliżeni
a
fizycznego, pożądanie, aby położyć ręce, zjednoczyć się cieleśnie, a potem oderwać się,
odejść i unieść ze sobą - co? Obraz? Dreszcz?
Nigdy nie przestawałem wierzyć, że Akropol istnieje realnie i spotkanie twarzą w twarz
nie było wcale konieczne dla umocnienia tej wiary. Akropol był cudem rzeczywistym. Nie
wodził zmysłów na pokuszenie, nie obiecywał, że będzie czymś więcej niż jest. Sp
ełniał się
cały, był równy samemu sobie.
Powtarzałem sobie tedy niezdarną formułę: on jest i ja jestem, a ogromna przestrzeń
czasu, dzieląca daty naszych urodzin, kurczyła się, nikła. Byliśmy współcześni.
Do Aten dotarłem późnym popołudniem. Szukanie hotelu, złośliwości bagaży, pierwsze
niepewne błądzenie po mieście. Tracenie drogocennego czasu na pisanie kartek, picie kawy,
oglądanie wystaw. Zdałem sobie sprawę, że podświadomie przeciągam moment spotkani
a z
Akropolem, jakbym usiłował przez to wzmocnić siłę doznania.
Była już noc. Wokół wzgórza prawie pusto. Jeśli dobrze przypominam sobie tę chwilę,
zacząłem liczyć, po prostu liczyć kolumny - osiem, siedemnaście i znów osiem,
siedemnaś-cie, dokładnie tyle, ile rysowało się w zeszytach szkolnych. Tak jakbym chciał
ten
nieoczekiwany spadek przyjąć chłodno i racjonalnie.
Wkrótce uświadomiłem sobie, że istnieją we mnie dwa Akropole: dzienny i nocny. Pierwszy
był analityczny, z głową w przewodniku. Sprawdzanie planu, badanie struktury całości,
dotykanie kamieni, wyobrażanie sobie tego, co zginęło - trochę jak studium anato
mii
wykopaliskowego zwierza.
Pierwsze próby oswojenia się i wyrobienia sobie osobistego stosunku do zabytku. Wybrałem
"dla siebie" Propyleje i Partenon dla ich rozmachu, masy i porządku. Świątynia Nike była
zbyt filigranowa, aby odczuć jej kamienną materialność, sprawiała na mnie wr
ażenie udanej
kopii, dobrego wypracowania na tematy klasyczne. Najtrudniej było mi znaleźć porozumienie z
Erechtejonem. Portyk kariatyd szpeciły metalowe rury podpór, odbierające budowli sens i
zamierzoną lekkość. Same kariatydy, okaleczone i odarte z wd
zięku, zatrzymane były jakby w
połowie drogi między kształtem ludzkim a kolumną. Nad ciemną sadzawką starych ateńskich
kultów ta jońska świątynia zdaje się mówić o niemożności połączenia dawnej wiary z nowym
wyrazem architektonicznym.
Drugi Akropol - nocny, zapalony na niebie, oddający się spojrzeniu jako całość.
Siadywałem na Wzgórzu Muz, tuż koło pomnika Filopapposa. Z dołu, z ubogiej dzielnicy Plaka,
dochodził gwar banalny i codzienny. Białe domy jarzyły się wapnem w ciemności. W
powietrzu unosiła się woń baraniny, oliwy i czosnku. Akropol w wieńcu cebulowych zapachów.
Na lewo, wśród drzew, odbywało się co wieczór widowisko Son et Lumiere. Chóry Sofoklesa
płakały na przemian po francusku i po angielsku. Światło wydobywało z nocy
fragmenty świętego wzgórza. Rzucany z reflektorów czerwony blask imitował pożary.
Akropol był dla mnie wtedy rzeźbą; nie zespołem architektury, ale właśnie rzeźbą.
Zrujnowana kolumnada południowa Partenonu, ścięte nisko pnie kolumn wywoływały skurcz
serca. Kamienie walczyły z nacierającą pustką.
|
____________________________ Piotr Rykaczewski, Karlsruhe, 2000
Powrót do wykazu stron | Początek tej strony
biografia
| analizy
| Elzenberg | wspomnienia
| nowości wydawnicze | wybór tekstów
| źródła | ...
© Piotr Rykaczewski - ostatnie zmiany
|